Trudno, więc będąc na Columbii wyobrazić sobie studenta, który nie przygotowuje się do wykładów i nie oddaje cotygodniowych zestawów zadań. Trudno też znaleźć wykładowcę, który nudnym głosem czyta slajdy bądź własną książkę, którą napisał 10 lat temu.
Z tego powodu współpraca na linii student-wykładowca wykracza daleko poza salę wykładową. Dlatego też nikogo nie dziwią tłumy studentów na dyżurach, wymiana dziesiątek maili czy współpraca badawcza. Zbliżając się natomiast do końca semestru, można nie tylko usłyszeć o egzaminach, ale także zostać zapytanym przez profesora, jak idzie poszukiwanie praktyk czy otrzymać propozycję bycia poleconym do banku czy hedge fundu (co zdarzyło się w piątek).
To wszystko przekłada się na trzy podstawowe rzeczy: prowadzone badania są najwyższej jakości, pracodawcy zabiegają o absolwentów, a sami absolwenci są dumni ze swojej uczelni co następnie przekłada się na większe wpłaty na rzecz swojej alma mater.
Dlatego też, by myśleć o tym, jak należy zmodernizować polski system szkolnictwa wyższego, należy w pierwszej kolejności zwrócić się w stronę motywacji zarówno studentów, jak i wykładowców.
Zaczynając od samych wykładowców, trzeba w pierwszej kolejności pomyśleć o tym, by w dziedzinach praktycznych w pierwszej kolejności nauczali doświadczeni praktycy, niekoniecznie posiadający tytuł profesora czy doktora. Podejście to z powodzeniem zostało zaimplementowane na Columbii, dlatego też przykładowo wykład o instytucjach finansowych prowadzi bankier inwestycyjny z ponad 25-letnim doświadczeniem, a wykład o amerykańskiej polityce energetycznej prowadzi były główny doradca Baracka Obamy ds. energii. Oboje bez doktoratów.
Takie podejście do selekcji wykładowców pozwala nie tylko ściągnąć najlepszych specjalistów w danych dziedzinach, ale także pozwala studentom zdobywać wiedzę od osób, których ścieżką chcieliby podążyć w przyszłości. Dlatego też wykładowcy ci mogą stać się mentorami i pomóc w rozwoju zawodowym studentów, także poza uczelnią.
Myśląc o studentach należy przede wszystkim pomyśleć o sposobie na to by rzeczywiście ich zaangażowanie było wynagradzane. Może to zostać osiągnięte poprzez zmianę systemu stypendialnego, który obecnie kładzie większy nacisk na stypendia socjalne, co tylko pozornie ma na celu pomoc biednym, ale zdolnym.
Stypendia socjalne powinny służyć wyłącznie dla studentów pierwszego roku, którzy jeszcze nie mieli okazji pokazania swoich umiejętności. Następnie, podobnie jak w mojej szkole na Columbii, stypendia mogłyby być rozdawane wyłącznie za wyniki w nauce, co byłoby motywacją dla wszystkich studentów do pilnego uczenia się. Istotne przy tym byłoby jednak zwiększenie puli osób, które mogą się ubiegać o stypendium z obecnych 10%.
Dodatkowo, można też pomyśleć (co obecnie jest sprzeczne z konstytucją) o pobieraniu opłat za studia przy czym pobieraniu ich w modelu holenderskim (niewielka roczna kwota), a nie w amerykańskim (olbrzymie sumy, wpędzające większość młodych amerykanów w co najmniej kilkudziesięciotysięczne długi).
Przyjmując model holenderski (i w przypadku Polski np. opłatę w wysokości 1000 zł za rok akademicki) skutecznie zniechęciłoby się osoby, które zostają studentem by mieć zniżki w komunikacji miejskiej czy w PKP, a jednocześnie wsparłoby się budżet uczelni, który następnie mógłby zostać spożytkowany w większej mierze na stypendia dla najzdolniejszych.
Polskie szkolnictwo wyższe potrzebuje reformy, zróbmy to mądrze.
