Kapitalizm nam się nie udał

http://www.gannett-cdn.com/
Jeden z moich wykładowców na Columbii, emerytowany bankier inwestycyjny, zwykł powtarzać: „Jeżeli myślicie, że Ameryka to Nowy Jork, fajne restauracje, Wall Street i bogata oferta kulturalna zrozumcie, że jesteście w błędzie. Ameryka to Walmart i Dunkin’ Donuts”. Ta fraza miała nam przypominać, że chociaż studiujemy w samym sercu Nowego Jorku, stolicy nowoczesnego świata, to w rzeczywistości większość decyzji musi być podejmowanych z myślą o tych, którzy nie mają podobnej możliwości.

W ostatnich kilkudziesięciu latach w sferze publicznej dominowała wiara w kapitalizm. Oczywistym stało się, że „prywatny kapitał jest źródłem rozwoju gospodarki”, „każdy jest kowalem swojego losu”, a „biznes i gospodarka potrzebują w pierwszej kolejności spokoju, a nie rewolucji”. Jeżeli spojrzeć na wskaźniki makroekonomiczne, ta wiara się opłaciła. Od 1990 roku (zgodnie z danymi World Bank Database) amerykańskie PKB per capita wzrosło o 128%, indeks giełdowy S&P wzrósł o 470%, a współczynnik Amerykanów podejmujących studia wyższe wzrósł o 18 punktów procentowych.

Te niesamowite wyniki gospodarcze zostały utrwalone w filmikach promujących miasta, całe Stany czy pojedyncze inwestycje. Z drugiej strony inne dane zaczęły pokazywać, że za fasadą sukcesu i dobrobytu chowają się problemy zwykłych obywateli, tych, dla których Walmart i Dunkin’ Donuts są codziennością. Badanie z 2015 wskazało, że wskaźnik dzieci żyjących w ubóstwie wzrósł z 18% w 2008 roku do 22% w 2015, a w przypadku Afroamerykanów osiągnął aż 40%. Co więcej, wraz z końcem 2014 roku 32 mln Amerykanów pozostawało nieobjętych jakimkolwiek ubezpieczeniem zdrowotnym.

W ostatnich latach zmianie uległ również trend uznawany za pewnik w krajach rozwiniętych – rosnąca długość życia. W latach 1998-2013 śmiertelność białych mężczyzn w średnim wieku (45-54) w USA wzrosła.

Największa zmiana miała miejsce wśród najsłabiej wykształconych. Wśród grupy osób, które nie ukończyły studiów wyższych, współczynnik śmiertelności wzrósł o 134 osoby na 100,000. Co istotne, głównymi czynnikami wzrostu była zwiększona liczba samobójstw, zatruć i chorób związanych z nadużywaniem alkoholu.

Te dwie skrajne rzeczywistości zbiegły się ze wzrostem znaczenia pieniędzy w amerykańskiej polityce. Tylko w pierwszym kwartale 2015 roku Google przeznaczyło 5,1 mln dolarów na lobbing w Waszyngtonie, a do 20 lutego 2016 kandydaci walczący o nominację w wyścigu o fotel prezydenta USA zebrali łącznie niemal 900 mln dolarów. Ciesząca się największym powodzeniem wśród sponsorów Hillary Clinton zebrała 188 mln, o 30 mln więcej niż drugi w rankingu Jeb Bush. Według badania PEW Research z 2015 roku, 42% Amerykanów wskazało uporanie się z problemem wpływu pieniędzy na politykę jako jedno z najważniejszych zadań dla prezydenta.

Wybory 2016

Te procesy w dużej mierze przesądziły o kształcie obecnych wyborów prezydenckich w USA, w których na scenie mamy pięciu graczy o różnych szansach powodzenia. Co istotne, podział na Demokratów i Republikanów jest w bieżących wyborach pozorny. W rzeczywistości kandydaci dzielą się na rewolucjonistów (Donald Trump, Bernie Sanders, Ted Cruz) i obrońców obecnego systemu (Hillary Clinton, John Kasich). Pierwsi chętnie korzystają z populistycznych haseł, wskazując, że system nie gwarantuje tego, że Ameryka znów będzie wielka (hasło Donalda Trumpa brzmi „Make America Great Again”). Drudzy wskazują, że ich dotychczasowe doświadczenie w trwającym systemie zapewni rozwój USA.

Oczywiście znaczącą rolę odgrywa pochodzenie pieniędzy wpłacanych na kampanie. Zwolennicy Sandersa podkreślają, że jego działania nie są dyktowane przez wielkie grupy interesu, wskazując, że średnia dotacja dla niego wynosi zaledwie $27. Zbliżoną taktykę przyjął Donald Trump, który przypomina, że sam funduje swoją kampanię wyborczą. Na drugim biegunie stoi natomiast Hillary Clinton, która zdecydowała się na przyjęcie pokaźnych dotacji – na przykład w wysokości 7 mln dol. od funduszu George’a Sorosa czy 2 mln dol. od znanej wytwórni filmowej DreamWorks.

Obecnie w wyścigu o nominacje partyjne przewodzi Donald Trump (u Republikanów) i Hillary Clinton (u Demokratów). Co istotne, poparcie wyborców nie przekłada się bezpośrednio na poparcie partyjne.

Republikanie

W przypadku Republikanów wielu prominentnych działaczy, takich jak kandydat z 2012 Mitt Romney, chce zapobiec nominacji Donalda Trumpa, postrzegając go jako zagrożenie dla partii i dla Stanów Zjednoczonych. Niestety wraz z upływem czasu inne opcje stają się ograniczone. Po zaskakujących dla wielu porażkach Jeba Busha, a następnie Marco Rubio, jedynymi kontrkandydatami pozostają wyważony, ale nie cieszący się dużym poparciem John Kasich lub równie rewolucyjny (choć w innych obszarach) Ted Cruz.

Donald Trump z pewnością jest jednym z najbardziej znanych Amerykanów – w 2014 zarobił co najmniej 9,5 mln dol. za samo licencjonowanie swojego nazwiska. Absolwent prestiżowego University of Pennsylvania karierę rozpoczął od, jak mawia, „niewielkiej pożyczki od ojca w wysokości 1 mln”. W ciągu wielu lat biznesowej kariery inwestował w różnych branżach, a ślady tych nieudanych można znaleźć w postaci reklam krążących po Internecie – jak Trump Steaks czy Trump Vodka. Pomimo tego biznesmen osiągnął sukces w branży nieruchomości i dorobił się pokaźnego majątku, szacowanego przez magazyn Forbes na 4 mld dolarów.

Sukces biznesowy Trumpa pozwolił mu na znaczące uniezależnienie kampanii od dotacji oraz na zdobycie rzeszy zwolenników, według których kariera Trumpa wskazuje, że będzie on dobrym prezydentem. Przeciwnicy tymczasem przypominają, że jego inwestycje nie były pozbawione porażek. Prowadzone przez niego kasyna i hotele w ramach Trump Hotels&Resorts zaliczyły w latach 1995-2005 spadek wartości o 89% i ogłosiły bankructwo, kiedy w tym samym okresie sporządzony przez w Ameryce wzrósł o 160%.

Mimo porażek biznesowych oraz niechęci republikańskiego establishmentu Donald Trump pozostaje największym faworytem do nominacji ze strony partii. Jego przemówienia są pełne kontrowersji, z poruszaniem tematów seksualnych włącznie. Zapowiada wybudowanie wielkiego muru na granicy amerykańsko-meksykańskiej za pieniądze Meksyku oraz zabronienie muzułmanom wjazdu do USA. Te pomysły, choć wzbudzające silny opór, są dla wielu Amerykanów zapewnieniem, że Trump jako prezydent nie będzie się bał trudnych decyzji i powie stop poprawności politycznej. Co więcej, recepty Trumpa stanowią proste rozwiązanie dla problemów, z jakimi zmagają się obecnie Amerykanie.

Drugi w wyścigu o nominację Republikanów jest Ted Cruz, senator z Teksasu. Cruz urodził się w rodzinie imigranta z Kuby i szybko spełnił swój „amerykański sen”. Ukończył z wyróżnieniem Princeton, a następnie (również z wyróżnieniem) Harvard Law School. Jak wskazują wspomnienia znajomych ze studiów, Cruz już od młodego wieku był zapatrzony w skrajne wartości republikańskie, co wyróżniało go na opanowanych przez Demokratów uniwersytetach.

Ted Cruz dał się poznać jako człowiek rzadko idący na kompromis i próbujący postawić na swoim niezależnie od warunków. Przykładem była próba zablokowania Obamacare w 2013 poprzez tzw. government shutdown, które okazało się nieskuteczne i uderzyło w poparcie dla GOP. Dlatego też Cruz nie cieszy się popularnością wśród Republikanów, a senator Lindsey Graham zwykł żartować, że jeżeli ktoś by zabił Cruza i był sądzony przez Senat, z pewnością zostałby uniewinniony.

Ostatnim w grze o nominację jest John Kasich, który przez wiele miesięcy był pomijany w rozmowach. Wszystko zmieniło się po odpadnięciu Jeba Busha oraz Marco Rubio, a także po zwycięstwie w Ohio oraz zajęciu drugiej lokaty w New Hampshire. John Kasich – obecny gubernator Ohio – jest uznawany za najbardziej wyważonego kandydata i mógłby zdobyć wsparcie establishmentu partyjnego.

Matematyczną szansę zdobycia wymaganej liczby delegatów (1237) do nominacji mają wyłącznie prowadzący Trump oraz drugi Cruz. John Kasich, który zdobył 143 głosy delegatów, nie osiągnie wymaganego limitu nawet w przypadku zdobycia wszystkich pozostałych głosów (1061), które są jeszcze w grze. Z drugiej strony Kasich może liczyć na tzw. brokered convetion, które jest organizowane w wypadku, gdy żaden z kandydatów nie otrzyma większości głosów w pierwszym głosowaniu. Delegaci związani do tej pory wynikami prawyborów w poszczególnych stanach mogą zagłosować na dowolnego kandydata podczas następnych rund.

„Brokered convention” jest szansą nie tylko dla Kasicha i Cruza, ale także dla kandydatów, którzy nie uczestniczą w wyścigu prezydenckim. Jednym z czarnych koni jest Paul Ryan, który co prawda zaprzeczył plotkom na temat startu, jednak ze względu na sprawowaną istotną funkcję (Speaker of the US House of Representatives), wcześniejsze doświadczenia (startowanie u boku Mitta Romneya na wiceprezydenta w 2012 roku) i poparcie partii może okazać się rozwiązaniem dla GOP.

Powodzenie „brokered convention” zależy w pierwszej kolejności od powstrzymania Trumpa. Dlatego Mitt Romney wzywał do głosowania na Johna Kasicha w Ohio, po czym wezwał do głosowania na Teda Cruza w Utah. Co istotne, może się okazać, że sukces tej strategii odwlecze w czasie nieunikniony wybór Trumpa – jest bowiem zależny od zmiany poprawki wprowadzonej podczas wyścigu o fotel prezydencki… Mitta Romneya, a wymierzonej przeciwko Ronowi Paulowi. Zasada 40B mówi, że osoba nominowana przez GOP musi zdobyć większość wśród 8 delegacji, co zupełnie eliminuje szanse Kasicha i Ryana.

Demokraci

W przypadku Demokratów sytuacja jest zdecydowanie bardziej klarowna. Największym poparciem cieszy się Hillary Clinton, która może pochwalić się bogatym doświadczeniem w administracji rządowej, a także doświadczeniem w polityce zdobytym u boku męża, byłego prezydenta USA Billa Clintona.

Oczywiście Clinton nie jest pozbawiona wad. Sprawy związane z atakiem terrorystycznym w Benghazi, w którym zginęło 4 Amerykanów, oraz z korzystaniem z prywatnej skrzynki mailowej do wysyłania wiadomości związanych z pracą jako Sekretarz Stanu, ciągną się za nią jak cień. Dlatego część obserwatorów amerykańskiej sceny politycznej zakłada, że Clinton zostanie oskarżona w trakcie kampanii, co może pogrzebać jej szanse na prezydenturę.

To, co jest jednak największą słabością Clinton, jest jednocześnie jej największym atutem. Bogate doświadczenie w administracji i brak zapowiedzi radykalnych reform są różnie odbierane przez amerykańskie społeczeństwo, coraz bardziej domagające się rewolucji, która zmieniłaby ich życie na lepsze. Symbolem tych zmian po stronie Demokratów jest 75-letni senator z Vermont, Bernie Sanders.

Sanders proponuje radykalną reformę Stanów Zjednoczonych, które według jego koncepcji powinny przyjąć model państwa opiekuńczego znanego ze Skandynawii. Sanders wskazuje na wiele problemów, które trapią obecne społeczeństwo, jak wysokie koszty związane z prywatną służbą zdrowia czy edukacją. Już w 2014 roku łączna wartość długu studenckiego wyniosła 1,2 tryliona (!) dolarów.

Sanders wskazuje, że przyczyną tak złego stanu rzeczy jest uzależnienie większości społeczeństwa od decyzji najbogatszej garstki osób, m.in. bankierów inwestycyjnych. Dlatego jednym z elementów walki marketingowej jest podkreślanie średniej wysokości wpłaty na jego kampanię (27 dol.), a jednocześnie wskazywanie, że za trzy przemowy dla banku inwestycyjnego Goldman Sachs Hillary Clinton otrzymała 675 tysięcy dolarów.

Z drugiej strony Sanders nie dysponuje tak bogatym doświadczeniem jak Clinton oraz, jak zostało to wskazane przez komentatorów politycznych, ma małe doświadczenie w polityce zagranicznej, co w przypadku prezydenta USA jest kluczową kompetencją. Ponadto na dzień dzisiejszy Clinton zdaje się mieć zdecydowanie większe szanse na nominację i prawdopodobnie tylko ponowny wybuch afery związanej z mailami mógłby odebrać jej nominację.

Co dalej?

Tegoroczne wybory prezydenckie w USA z pewnością dostarczą wielu emocji. Nominacja żadnego z kandydatów nie jest pewna, przy czym w najbardziej prawdopodobnym scenariuszu można spodziewać się starcia Trumpa z Clinton. Według przewidywań wielu obserwatorów, z takiego pojedynku powinna zwycięsko wyjść Clinton. Z drugiej strony Trump pokazał, że potrafi sobie radzić z ulubieńcami establishmentu, w pierwszej kolejności rozprawiając się z Bushem, a następnie z Rubio.

To, co jest najbardziej interesujące z perspektywy polskiej, to procesy społeczne, jakie przebiegają obecnie w Ameryce, ponieważ są one poniekąd zwierciadłem naszej sceny politycznej. Patrząc nie tylko na USA, lecz również na Europę, można z łatwością zauważyć, że do głosu dochodzą osoby niebojące się radykalizmu.

Jeżeli bowiem spojrzymy na podstawowe wskaźniki dotyczące prezydentury Baracka Obamy, zauważymy, że w czasie jego kadencji pojawiło się ponad 9 mln nowych miejsc pracy, realne zarobki wzrosły o 3,4%, indeks S&P wzrósł o 139%, a bezrobocie spadło poniżej 5%. Mimo tego Amerykanie poprzez znaczące poparcie dla Trumpa, Cruza i Sandersa wskazują, że nadszedł czas na zmiany, która musi nadejść – niezależnie od tego, kto wygra wybory.

--

Tekst ukazał się oryginalnie na portalu jagiellonski24.pl
Trwa ładowanie komentarzy...